System – to słowo miało kiedyś mocno złowróżbny wydźwięk. Na pewno w czasach, w których ukazał się pierwszy album zespołu Klaus Mitffoch. System był wtedy czymś wrogim, groźnym, czymś, co w każdej chwili mogło się wyszczerzyć. I ukąsić. Dlatego wtedy, w latach 80-tych ubiegłego wieku, tak ważny był głos, który mówił: „nie zgadzam się”. Takim właśnie głosem był album zespołu Lecha Janerki.

System szarości

Płyta ukazała się w 1985 roku. Był to sam środek nocy Jaruzelskiej. Po ulicach snuli się przemęczeni ludzie, działacze solidarnościowi rozbiegli się gdzieś po podziemiu, w telewizji przekonywano nas, że żyjemy w najpiękniejszym z możliwych światów. Było szaro, smutno i nijako.

Choć dekada lat 80-tych ubiegłego wieku jest nazywana złotym okresem polskiego rocka, to musimy zdawać sobie sprawę z tego, że nie wszyscy twórcy mogli działać w tamtym czasie w oficjalnym obiegu.

Owszem, polskie piosenki królowały w państwowym radio. Tyle że w większości były to utwory z punktu widzenia ówczesnego systemu politycznego raczej bezpieczne.

Ktoś, kto chciał PRL-owską dyktaturę zaatakować, miał dwa wyjścia. Albo zejść do muzycznego podziemia i funkcjonować w obiegu właściwie wyłącznie koncertowym – albo stworzyć taki przekaz, w którego przesłaniu polityczni cenzorzy całkowicie się pogubią.

Tą drugą drogą próbowało iść wielu wykonawców, ale żaden z nich nie uczynił tego tak kompleksowo, jak zespół Klaus Mitffoch.

Jego jedyny album (potem grupa nagrała jeszcze jedną płytę jako Klaus Mit Foch, ale już bez Lecha Janerki) to mocny krzyk przeciw systemowi, w którym przyszło nam funkcjonować.

Powinność kurdupelka

Płyty tej nie słuchałem przez ponad ćwierćwiecze. Wróciłem do niej z ciekawością, ale i z pewnym niepokojem, zastanawiając się, czy czas jej nie nadwerężył.

Niepotrzebnie się obawiałem. Jak dawniej, Klaus Mitffoch wali w łeb tekstami, uderza muzyką i wykręca świadomość niezwykłą, buntowniczą atmosferą.

Nic dziwnego, że dzieło Lecha Janerki i jego zespołu w wielu rankingach ciągle ląduje w czołówce polskich płyt wszechczasów.

O sile albumu stanowią w dużej mierze teksty. Niewiele jest u powiedziane wprost, krytyka systemu musiała być na płycie wyrażona w zawoalowany sposób. Ale to dobrze.

Powstał niesamowity przekaz – buntowniczy, a zarazem mocno poetycki.  PRL-owscy cenzorzy pogubili się w tych metaforach i teksty do publikacji zatwierdzili.

A mogli coś takiego („Powinność kurdupelka„) spokojnie odrzucić:

Miał mieć łatwe życie słoń
Bóg dał mu na kurdupli broń
Trwa zaś powinność wszelka
Mimo tej wady kurdupelka
By zawsze w kłopot wprawiać go

Podobnie, jak i to („Klaus Mitroh” – mój ulubiony):

Mamy dzień, mamy każdą noc
Mamy swoje sny i swoje drogi
Tak jak Ty rozglądamy się
Chcemy znać ostatnią wersję prawdy
Goni nas lukratywny wieprz
I wszystkim życzymy źle nam z oczu patrzy

Muzycznie Klaus Mitffoch plasował się w kategorii czegoś, co określało się wówczas mianem „nowej fali”. Oczywiście, był to termin, jak każdy „-izm”, pojemny i wrzucano do niego różne style i gatunki.

Najlepsi potrafili je wymieszać, tworząc coś maksymalnie swojego.Przykładem niesamowity „Strzeż się tych miejsc” – pulsujący basem kawałek, który i po latach wywołuje „ciary”.

Zastanawiam się, czy Klaus Mittfoch ma coś do przekazania dzisiejszemu młodemu pokoleniu? I myślę, że tak. Dwie rzeczy.

Nie zawsze trzeba się zgadzać na to, co przynosi system.

I zawsze warto mieć własne zdanie.

 

 

 

(fot. materiały prasowe)

 

Czytaj też: Bruce Springsteen – przez płot do Elvisa
Share This

Korzystając z serwisu zgadzasz się na korzystanie z plików cookie. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close