Co robi prawdziwy rock and rollowiec po koncercie? Łapie chwilę oddechu i zaraz potem – flachę Jacka Danielsa. Ale nie Bruce Springsteen, o nie. Po koncercie, który zagrał w Memphis 29 kwietnia 1976 roku, w ramach trasy promującej rewelacyjnie sprzedający się album „Born To Run”, Bruce S. postanowił odwiedzić samego Elvisa.  „Wieta, chłopaki, dzisiaj z wami nie imprezuję – być może rzekł do swojej zdziwionej ekipy, drapiąc się po swej młodzieńczej jeszcze wtedy głowie. – Wezwijta mi taksę, jadę do Króla.”

Bruce Springsteen – hew mersy

Ekipa, jak to ekipa. Gwiazda jest gwiazda i swoje zachcianki mieć musi. Taksa przyjechała, Bruce S. wsiadł był do środka i rzekł do kierowcy: „OK, djud, walimy do Grejslend!”. Założę się, że kierowca mocno się zdziwił, bo pewnie było coś koło północy i może nawet odparł z powątpiewaniem w głosie: „Ależ, Brusu, hew mersy, noc głęboka i czarna jak muzyka country, Grejslend zapewne zamknione na spustów szesnaście! Nic a nic nie wleziesz”.

Świeżo upieczony gwiazdor rozparł się jednak wygodnie na atłasach taryfy i być może odparł: „Djud, MNIE wpuszczą. Dali mje tam.”

No i pojechali. A jak dojechali, okazało się, że faktycznie, brama zakluczoną jest i nawet dzwonka nie ma, bo świat cały wydzwaniał i zdjęli. „Widzisz, Brusu? – stwierdził może kierowca. – Nie mówiłem? Zamknione. Wracajmy, taniej policzę”.

„E tam – odrzekł być może Bruce S. –  Luk, djud! Światła w domostwie palą się, musieć Elvis jeszcze jaki serial przyjmuje na intelekt. Wejdę przez płot, może da pooglądać.”

„Ooo, w takim razie popatrzę” – odpowiedział może kierowca, myśląc w duchu: „cholera, że też jeszcze nie wynaleźli fejsa, bym sławy zakosztował, filmując Bursa drapiącego się po płocie do Elvisa.”

Born To Run!

Niewiele się namyślając, Bruce S. wdrapał się na płot, a że młody był i rączy, to szybkensem go pokonał i równie rączo podbiegł (born tu run!) do wielkich drzwi ogromnego domostwa. I dalej naparzać piąchami – przecież drzwi takie wzbudzić, to siły użyć trzeba niemałej wcale.

Zaraz też pojawiło się kilku panów, schludnie ubranych i niespodziewanie grzecznych. Jak się dowiedzieli, że to kolejny fan do ucałowania elvisowych pół szlafroka, to grzecznie wyjaśnili, że Króla w domu nie ma, gdyż udał się na ksiuty nad Lake Tahoe.

„Zara, chwilunia, momentito, ajcfajdraj – odpowiedział być może Bruce S. – Djuds, nie rozpoznajeta mnie? Ja sławy zażywam, miałem ostatnio dwie okładki – w Newsweeku i TIme’ie. Gęba ma musi być wam znajoma, bo zna mnie tera każdy w Ameryce, koust tu koust. I nie ma takiej rzeczy, która mnie przekona, że Elvisa w domu nie ma! Dla MNIE musi być!”

Ochrona jednakowoż okazała się mało biegła w najnowszych notowaniach Top 1 000 000 000 (zatrzymali się na „Love Me Tender”) i złapała Bruce’a S. pod niewątłe przecież ramionka, zawlokła w kierunku bramy i grzecznie wywaliła na tak zwany zewnątrz.

A wiecie jaka jest puenta tej prawdziwej na wskroś historii? Bruce Springsteen napisał po tym wszystkim na cześć Elvisa Presleya piosenkę – „Fire”. Nie zdążył jej niestety opublikować przed śmiercią Króla. Podarował ją soulowej ekipie The Pointer Sisters, która dojechała z nią do miejsca 2 na amerykańskiej liście przebojów.

No cóż, nie pić trzeba umić.

 

 

 

(fot. Himesh Kumar Behera)

 

Michael Bolton – mega plagiat
Share This

Korzystając z serwisu zgadzasz się na korzystanie z plików cookie. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close