Właściwie nigdy, kiedy biorę do ręki płytę jakiejś wielkiej sławy, nie myślę o tych, którym sławami zostać się nie udało. A przecież w historii rocka pełno mamy niespełnionych nadziei, utraconych marzeń, łez i rozpaczy.

Postanowiłem poszperać nieco w swoich i internetowych archiwach – i stworzyć swoje prywatne zestawienie 13 największych pechowców w dziejach rocka. Trzynastu, bo – jak chce tradycja – to liczba wyjątkowo pechowa. Do tego, co zdarzyło się niżej opisanym, pasuje idealnie.

Arrows

Wszyscy znamy utwór „I Love Rock”N”Roll”. Każdy wie, że śpiewała go Joan Jett (potem Britney Spears) – energiczna pani, która w 1982 roku zrobiła z niego wielki, światowy przebój. Pamiętam, że kiedy nagrałem ten kawałek z radia przed 35 laty, to odsłuchałem go od razu chyba z 50 razy – tak mi się spodobał.

Tyle że to nie jest utwór Joan Jett. Piosenkę napisali Alan Merrill i Jake Hooker, członkowie brytyjskiej kapeli Arrows.

Utwór ukazał się na jedynej płycie zespołu, wydanej w 1975 roku. Arrows mieli w rękawach same asy – nieźle grali, mieli dobre numery, a do tego ich producentem był słynny Mickie Most, który przyczynił się do sukcesu m.in. The Animals. To wszystko jednak okazało się za mało i zespół zniknął ze sceny, pozostawiając po sobie jeden z najbardziej chwytliwych kawałków w historii rocka.

 

Anvil

Moim zdaniem, najwięksi pechowcy heavy metalu. Grali coś a la trash metal wcześniej niż Metallica, do tego na scenie potrafili naprawdę dać czadu – i wyglądali tak, jak w początkach lat 80-tych powinien był wyglądać heavy metalowy twór. Mimo to kariery nie zrobili.

Zespół powstał w pierwszej połowie lat 70-tych i istnieje do dzisiaj. Przez cały ten czas próbuje odnieść sukces, nagrywając (czasem za pożyczone pieniądze) kolejne albumy. Mimo to Anvil pozostaje szerzej nieznany (poza Japonią) i raczej wątpliwe, by miało się to zmienić. Ale szacun za wytrwałość kanadyjskiej orkiestrze jak najbardziej się należy (na Netfliksie obejrzałem niedawno arcyciekawy film dokumentalny o Anvil – mocno polecam).

 

 

Jeff Beck

Jeff Beck jest gitarzystą znakomitym i ma na koncie wiele sukcesów. Ale mega gwiazdą nigdy nie został. Największą na to szansę miał w drugiej połowie lat 60-tych. Niestety, na drodze jego Jeff Beck Group stanęli Robcio, Kubuś i dwóch Jasiów – czyli Led Zeppelin.

Powiedzieć, że pierwszy album „cepli” jest właściwie kopią wydanej wcześniej płyty „Truth” Jeff Beck Group, to powiedzieć za mało. Ten sam koncept, ta sama gęsta bluesowo-rockowa atmosfera. I nawet jeden z utworów jest ten sam – „You Shook Me” Willie Dixona znalazło się na obu albumach.

I oczywiście „żadnego” znaczenia nie ma fakt, że na „Truth” znalazł się utwór „Beck’s Bolero”, w nagraniu którego gościnnie wzięła udział połowa przyszłego składu Led Zeppelin (Jimmy Page i John Paul Jones; gra w nim też Keith Moon z The Who).

Płytę „Truth” poznałem dużo później niż zeppelinowską „jedynkę” – i natychmiast się w niej zakochałem. Bardzo żałuję, że nie zajmuje należnego jej miejsca w sercach fanów rocka.

Debiut Led Zeppelin przyćmił płytę „Truth” – choć w zespole Jeffa Becka znalazły się takie wielkie późniejsze sławy, jak Rod Stewart i Ronnie Wood.

 

 

The Verve

Pamiętam, że swego czasu to była afera na cztery fajerki! Brytyjski zespół The Verve wydał w 1997 roku fantastyczny numer pod tytułem „Bitter Sweet Symphony”.

Niestety, okazało się, że mocno wyróżniająca ten utwór partia smyczków jest żywcem zerżnięta z melodii „The Last Time” zespołu The Rolling Stones. A ściślej – z jej alternatywnej wersji, nagranej przez Andrew Loog Oldhama, w latach 60-tych menedżera Stonesów.

Sprawa trafiła do sądu i zespół The Verve ze sprzedaży „Bitter Sweet Symphony” nie zobaczył ani centa. Cały dochód trafił do kieszeni Allana Kleina, eks promotora The Rolling Stones i The Beatles, który przejął prawa do utworu, nagranego przez Oldhama.

 

 

Dik Evans

Grać w jednym z najsłynniejszych zespołów świata i odejść? No tak, ale czy Dik Evans, który grał razem z bratem Dave’m, mógł przewidzieć, że ich kapela osiągnie szczyty popularności? Oczywiście, że nie, zwłaszcza że późniejsze U2 w swoich wczesnych wcieleniach – pod nazwami Feedback oraz The Hype – nie brzmiało aż tak obiecująco.

Dik Evans z zespołu odszedł, założył Virgin Prunes i być może z zazdrością przyglądał się, jak jego brat The Edge i reszta stają się mega gwiazdami.

Na pierwszym telewizyjnym występie The Hype Dika już nie ma.

 

 

 

Eddie Van Halen

Eddie Van Halen pechowcem? Trudno w to uwierzyć, prawda? A jednak! Z tym, że właściwie – co muszę przyznać – jet to tym razem pech nieco na życzenie.

Kiedy Quincy Jones, który akurat pracował nad albumem MIchela Jacksona „Thriller„, poprosił leadera Van Halen o dogranie gitarowego sola do jednego z utworów, ten pędem wpadł do studia i w 20 minut wywinął jedną z najsłynniejszych gitarowych fraz w historii.

Gdzie tu pech? Wszak wszyscy znamy solo Eddiego w „Beat It„. No tak, tyle że gitarzysta nie zarobił na swoim wyczynie ani centa. I nawet nie przyszło mu do głowy, by żądać jakiegokolwiek wynagrodzenia.

Swoje zrobił, choć – jak twierdzi – zasadą w Van Halen było, że żaden z członków grupy nie udziela się poza zespołem. Tak się pechowo złożyło, że reszta zespołu rozjechała się i Eddie nie miał kogo spytać o zgodę. Decyzję podjął sam.

Quincy Jones obiecał Van Halenowi, że postawi mu sześciopak piwa, ale z obietnicy się nie wywiązał. Co więcej, nazwisko Eddiego Van Halena nie widnieje nawet na okładce albumu „Thriller”.

A singiel „Beat It” sprzedawał się jak ciepłe bułeczki. Migiem poszło do ludzi 5 milionów egzemplarzy. Ale może Eddiego aż tak to nie bolało? W końcu niedługo potem wydał sobie „Jump” i na brak pieniędzy z pewnością nie mógł narzekać.

 

 

Pete Best

Czy wiecie, jakie wynagrodzenie dostał Pete Best za to, że w 1960 roku zgodził się wyjechać z Paulem McCartneyem, Johnem Lennonem i George’m Harrisonem na koncerty do Hamburga? Piętnaście funtów tygodniowo. I nie wiedział nawet, że nie ma konkurencji – ówczesny menedżer Beatlesów, Alan Williams, nie powiedział mu, że był jedynym perkusistą, który wyraził zgodę na tę wyprawę. Bał się, że Best zażąda więcej pieniędzy.

Dwa lata później najsłynniejszy zespół rockowy w historii wszedł do studia George’a Martina, by nagrać swój pierwszy singiel. Martin zasugerował, by w nagraniach wziął udział inny perkusista. Nie chodziło o brak umiejętności u Besta, ale o to, żeby do rejestracji piosenek wziąć perkusistę obytego ze studiem.

Pozostali członkowie grupy wykorzystali tę sytuację i doprowadzili do usunięcia Besta  z zespołu. Perkusiście oznajmił to Brian Epstein, nowy manager.

Na miejscu pechowego muzyka pojawił się Ringo Starr. Lata później Paul McCartney powiedział, że Best został usunięty, bo nie pasował do reszty pod względem osobowości.

Wyrzucenie z zespołu było dla Pete’a Besta wstrząsem. Podobno w okresie największej histerii na punkcie Beatlesów, czyli tzw. Beatlemanii, chciał popełnić samobójstwo. Jego ból został uśmierzony dopiero w połowie lat 90-tych, kiedy zarobił na gigantycznej sprzedaży składanki „Anthology 1” – na płycie znalazła się wersja „Love Me Do” z Bestem za bębnami.

 

 

Gerard Huerta

Gerard Huerta jest amerykańskim projektantem i grafikiem. Jego prace zna każdy fan muzyki. Huerta zaprojektował loga dla wielu znanych artystów (np. zespołu Boston czy Blue Oyster Cult).

Jego najsłynniejsza grafika widnieje na płytach AC/DC. Niestety, wiąże się z nią dość smutna sprawa. Huerta podpisał umowę z menedżerem AC/DC na wykorzystanie słynnego znaku jedynie na płycie „Let There Be Rock”.

Na albumie „Powerage” logo było inne, na „Highway To Hell” (i późniejszych albumach) pojawiła się praca Huerty – z tym, że nikt już go nie pytał o zdanie. Huerta z nadruków na płytach, koszulkach, kubkach i majtkach nie ma złamanego amerykańskiego grosza.

Za to sam muzykuje. To ten pan z gitarą po lewej.

 

 

Tracii Guns

Gitarzysta, który zrobił miejsce Slashowi w dopiero co uformowanym Guns N’Roses –  i  w ten sposób ominęła go gigantyczna sława i wszystkie profity z nią związane. A przecież to właśnie Tracii Guns był współzałożycielem GNR. Jako lider zespołu L.A. Guns spowodował połączenie go z kapelą W. Axl Rose’a – Hollywood Rose.

Coś jednak nie wyszło i Tracii postanowił kontynuować karierę ze swoją macierzystą formacją, z którą zresztą gra po dziś dzień. Jakieś sukcesy L.A. Guns odnosiło, ale to ledwie ułamek popularności, na którą mógł liczyć gitarzysta.

 

 

Chad Channing

Kolejny pechowiec, który z zespołu wycofał się na chwilę przed „wielkim wybuchem”. Chad Channing nagrał z Nirvaną album „Bleach” (kasę na nagranie wyłożył Jason Everman, wieloletni przyjaciel Chada), ale szału na ekipę Kurta Cobaina nie doczekał.

Różnice zdań między nim a Kristem Novoselikiem i Cobainem okazały się na tyle silne, że Chad postanowił grupę opuścić. Jak tłumaczył lata później, wolał sam odejść niż zostać wyrzuconym.

Na jego miejsce pojawił się w zespole Dave Grohl. Reszta, cóż. Jest historią.

 

 

Dave Evans

Tylko przez rok na froncie AC/DC stał Dave Evans, wokalista, który został zastąpiony przez legendarnego Bona Scotta. Evans boleśnie odczuł usunięcie z jednej z najsłynniejszej (później) kapeli hard rockowej na świecie.

Zespół lata później wyjaśniał, że Evans miał niezły głos, ale nie miał tego „czegoś”, co miał Bon Scott – charakter prawdziwego rockowego frontmana.

Dave Evans przetoczył się przez kilka australijskich zespołów, gra i nagrywa po dziś dzień.

Z AC/DC wydał jednego singla. A przy okazji, czy wiedzieliście, że AC/DC było u zarania dziejów zespołem glam rockowym? Nie? To popatrzcie na te fatałaszki.

 

 

Dave Mustaine

Pechowiec czy nie? Co do tego pana mam poważne wątpliwości. Bo z jednej strony wyrzucenie Mustaine’a z Metalliki pozbawiło go gigantycznej sławy i ogromnej fortuny. Z drugiej jednak – dał sobie świetnie radę, a jego Megadeth jest zaliczany do jednej z wiodących kapel w historii metalu.

Swego czasu – zasłuchiwałem się w megadethowej wersji słynnego przeboju Sex Pistols.

 

 

Marek Kondrat i Marlena Drozdowska

No dobra. Oni z rockiem nie mają wiele wspólnego. Ale z pewnością zajmują pierwsze miejsce w kategorii „największy polski pech muzyczny„. W początkach lat 90-tych nagrali (dla żartu) piosenkę „Mydełko Fa”. Utwór stał się w Polsce i na świecie gigantycznym przebojem z gatunku zwanego później disco polo.

A pech? Marek Kondrat i Marlena Drozdowska nie zarobili na tym utworze. Z wytwórni wyciekły nagrania i powędrowały na stoiska handlarzy z kasetami. Sprzedało się podobno półtora miliona pirackich egzemplarzy.

Pozostańmy jednak w duchu rocka – wczujcie się w metalową wersję słynnego „chodnikowca”.

 

 

 

(fot. Pixabay)

 

Polecam też: Gitara dla dziecka – nowa czy używana?

 

 

 

 

 

 

Share This

Korzystając z serwisu zgadzasz się na korzystanie z plików cookie. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close